Dyskusja o tzw. własności intelektualnej i P2P

12 października 2007, 22:04:11

Wdałem się w dyskusję z Panem Kubą Tatarkiewiczem na temat tzw. "własności intelektualnej". Zapraszam do zapoznania się z jego artykułem na ten temat oraz moim obszernym komentarzem, który cytuję poniżej:

Panie Kubo,

Po pierwsze: nie boję się żadnej kontroli, bo mam tylko legalne oprogramowanie.

Miałem zajęcia z doktorem prawa, specjalizującym się w prawie autorskim i wyraźnie powiedział mi: opublikowany utwór, który nie jest programem, można posiadać na swoim komputerze i używać go nieodpłatnie na własny użytek. Takie jest w Polsce prawo. Nie tyczy się to programów (które są wyłączone z dozwolonego użytku), ale muzyki, filmów - owszem. Nie ma znaczenia pochodzenie pliku, nie ma znaczenie, czy przegrałem go z płyty, nagrałem z radia lub telewizji czy ściągnąłem z internetu. Nie ma znaczenia, czy słucham go na walkmanie, sam śpiewam, gram na pianinie, czy nucę. Mam, to mam. Legalnie. Na tym polega dozwolony użytek. Jeśli ma Pan wątpliwości - z chęcią Pana skontaktuję z wspomnianym prawnikiem, celem konsultacji.

Po drugie: pozostaję przy swoim - w sieciach P2P jest mnóstwo legalnego softu i muzyki. Przykład?

Proszę wejść na:

Są tam do pobrania odpowiednio: pakiet OpenOffice.org, system Ubuntu i gigabajty bajty darmowej muzyki. Twórcy stron rekomendują (lub umożliwiają) jednak pobieranie tych materiałów za pomocą sieci p2p: BitTorrenta lub eMula, właśnie po to, aby odciążyć swoje serwery i sieci.

Po trzecie:

Przykaznie NIE KRADNIJ... Hmmm... Wchodzi Pan na cienki lód. Za chwilę pewnie powie mi Pan, że z przykazania "nie zabijaj" wynika sprzeciw dla kary śmierci, na co odpowiem głośnym śmiechem i uargumentuję odpowiednimi wersetami Pisma Świętego.

Bardzo trudno jest zdefiniować kradzież w odniesieniu do rzeczy niematerialnej, jaką jest tzw. "własność intelektualna". Jeśli chodzi o moje poczucie moralności to jest ono trochę inne niż obowiązujące prawo (nie oznacza to jednak, że zamierzam łamać prawo - ale działać na rzecz zmiany prawa - owszem)

Mój tok rozumowania jest taki: jeśli zabiorę Panu coś materialnego np. samochód, komputer, portfel, długopis to jedynym powodem do nazwania tej czynności kradzieżą jest fakt pozbawienia Pana tej rzeczy. Natomiast jeśli kopiuję plik to cały czas go Pan posiada. Samo niezasłużone wzbogacenie się nie jest wg mnie kradzieżą, dopóki nie udowodni się, że jest ono związane z czyjąś stratą. W moim przekonaniu brak zysku nie może być traktowany jako strata. Z prostego powodu - to by oznaczało, że konkurencja jest nielegalna. Bo skoro ktoś postawi koło mojego sklepu sklep konkurencyjny, to moje zyski spadną o połowę. Czy jest to strata? Może potencjalna, może urojona, ale nie rzeczywista!

Zapytajmy się: co za różnica, dla takiego np. Microsoftu, czy ktoś nie będzie używał licencjonowanego MS Office, bo używa nielicencjonowanego MS Office, czy dlatego, że używa np. OpenOffice'a? Zgodnie z Pana rozumowaniem, MS powinien tutaj woleć, żeby tylko posiadacz licencji korzystał z ich produktu, a inni nie... A tu ZONK!

Otóż Microsoft orzekł jakieś pół roku temu oficjalnie, że woli, gdy ludzie korzystają z nielicencjonowanego softu MS niż z alternatyw! Intuicyjnie czują, że nic nie tracą, gdy ktoś korzysta z "pirata". Tracą, gdy ktoś przerzuci się na co innego!

www.pcworld.pl/news/107783.html

Microsoft, chociaż się do tego nie przyzna, bo zarabia na sprzedaży "własności intelektualnej"; rozumie jakim jest ona absurdem. (Jednak już widać, że zaczynają przerzucać się na produkcję klawiatur i myszek, bo nie widzą przyszłości w produkowaniu Windows, szczególnie po tym co zaprezentowali w Viście, chyba się Pan zgodzi...)

Kiedyś IBM wszedł w konflikt z MS, twierdząc - o ile dobrze pamiętam - że nie da się zarabiać na sprzedaży oprogramowania. Ostatnie kilkanaście lat pokazało, że niby nie mieli racji, ale mam nadzieję, że w ciągu najbliższych lat sytuacja się drastycznie odwróci. A mam przesłanki do takiego twierdzenia - o tym kawałek dalej.

Jeśli natomiast chodzi o "własność intelektualną", to to pojęcie brzmi trochę jak "demokracja ludowa", "sprawiedliwość społeczna", "Microsoft Works", "spłaszczone koło" albo "sucha woda". Jest samo w sobie sprzeczne. Ale to tylko moja ocena...

I po czwarte: ostatnio bardzo szybko rozwijają się technologie kryptograficzne. Jako użytkownik MacOSX zapewne potrafi Pan założyć sobie na dysku plik z szyfrowaną partycją DMG, do której dostęp będzie tylko na hasło. Analogiczne rozwiązanie dla Windows i Linuksa to np. darmowy TrueCrypt. Tak zaszyfrowanych danych zwyczjanie NIE DA się złamać w sensownym czasie na żadnym istniejącym komputerze. (nie dlatego, że program to ogranicza - ograniczają to prawa matematyki, informatyki, kryptografii)

Podobnie jest z danymi przesyłanymi przez sieć za pomocą np. SSL. (np. po HTTPS, SFTP, SCP, SSH, VPN, IMAPS, etc) Niedługo operatorzy nie będą kompletnie nic widzieć w transferowanych przez ich klientów danych, a policja ani żaden inny organ kontroli nie będzie miał żadnego wglądu w dane na dyskach twardych...

Ale to taka dygresja, pokazująca tryumf wolności nad zniewoleniem...

Prawo autorskie a zapis cyfrowy...

10 lutego 2005, 02:20:36

Widać nie tylko ja uważam, że w erze cyfrowego zapisu i transmisji danych, coś takiego jak prawo autorskie lub jakiekolwiek inne prawo zabraniające rozpowszechniania jakichkolwiek danych nie ma racji bytu. W końcu wszystko i tak sprowadza się do zapisu binarnego, czyli liczb. A czy liczba może być czyjąś własnością albo podlegać jakimkolwiek ograniczeniom?

Zapraszam do zapoznania się z projektem Monolith.

Przyszłość PDF i Flash: i tak źle i tak niedobrze!

09 listopada 2004, 02:01:52

Te dwie wymienione w tytule technologie odniosły w ciągu ostatnich kilku lat prawdziwy sukces. Są przyjazdne dla przeciętnego użytkownika, atrakcyjne wizualnie, proste w obsłudze, klikalne, kolorowe i wcale nie takie trudne w zastosowaniu. Pomińmy na chwilkę fakt, że są ona fatalne pod względem dostępności, bo nie o tym chcę teraz pisać i zastanówmy się, jaka czeka je przyszłość?

Na dzień dzisiejszy z otwarciem pliku PDF na Linuksie lub innym Uniksie, Maku lub jeszcze innej platformie (palmtopy) nikt nie ma chyba problemu. Jest xpdf, GhostScript, które powinny kompilować się na każdej platformie; a dla platform najpopularniejszych jest oficjalny Adobe Acrobat Reader, który podobno działa na Linuksie bardzo ładnie.

Nie jest dużo gorzej pod tym względem w przypadku technologii Macromedia Flash. Sam mam plugin Flasha do Firefoksa (oczywiście tylko w parze z rozszerzeniem, które skutecznie go blokuje - FlashBlock) i większych problemów ani różnic w stosunku do wersji Windowsowej nie dostrzegłem.

O czym więc ten wpis?

Zastanawia mnie to, że tak duża firma jak Microsoft Corporation Tycimiętek dopuściła do sytuacji, w której furorę robią produkty obcej firmy, podczas gdy sam Microsoft nie ma właściwie żadnych ich odpowiedników, na których mógłby zarobić.

Cofnijmy się w czasie o jakieś 3 lata, kiedy to na rynku pojawiły się pierwsze Human controlled firewalls, czyli produkty typu ZoneAlarm... Windows, jaki był każdy widział. Dziurawy jak dobry ser szwajcarski. (Teraz też jest; ale przynajmny, że trochę mniej). Różne firmy prześcigały się w proponowaniu genialnych rozwiązań, które miały ochronić przeciętnego użytkownika przed atakami wirusów i hakierów. Czas pokazał, że właśnie taka taktyka - "Kliknij OK, aby pozwolić programowi Gadu Gadu połączyć się z internetem lub BLOKUJ, aby zablokować mu dostęp" okazała się dość skuteczna, a na pewno dająca użytkownikowi duże poczucie bezpieczeństwa.

Pomysł klikalnych firewalli osobistych dał wielu malutkim firmom informatycznym, o których nikt wcześniej nie słyszał, szansę wybicia się i zrobienia majątku na cudzym nieszczęściu. Firewalli pojawiło się jak mrówków, większość w wersjach shareware, za które na pewno wielu naiwnych zapłaciło.

Czy jednak rozwijanie i sprzedaż firewalla może być nieskończoną kopalnią złota? Nie nie nie!!! Nie zapominajmy o podstawowej rzeczy - nasz produkt jest w 100% zależny od posunięć firmy, dzięki której w ogóle ma rację bytu! Tak. Microsoftu!

ServicePack 2 dla Windowsa XP powinien rozwiać wszelkie wątpliwości tym, którzy myśleli, że zrobią interes na cudzym nieszczęściu i będą dalej żyć w symbiozie z Microsoftem. W XP SP2 klikalny firewall jest wbudowany i 99% użytkowników nie będzie potrzebowało już niczego innego!

Podobną taktykę można zaobserwować na rynku internetowej dystrybucji muzyki i filmów. Nie wkurzają was te wszędobylskie loga Windows Media Playera a wraz z nim formatów Windows Media Audio i Windows Media Video? Nie róbmy sobie nadziei! To zostało stworzone po ty, by wypchnąć z rynku wszelkie DivXy, Xvidy, mp3, Vorbisy i inne takie. Powiesz: ale działa na Linuksie. Tak. Działa. TYlko przyjrzyjmy się w jaki sposób. Zobaczmy sobie, co mamy w katalogu: /usr/local/lib/codecs/. DLL-ki? Oj... Nie jestem programistą, ale wysuwam twierdzenie, że na PPC, Sparkach i innych platformach to już nie zadziała. Jest źle!

A teraz wróćmy do PDF-a i Flasha, od których zacząłem ten długaśny wpis. Wydaje mi się, że powinniśmy się spodziewać, że w najbliższym czasie Microsoft zaproponuje nam jakieś Windows Paper Format, Windows Document Format lub inny Windows Portable Document. No i oczywiście jakąś alternatywę flasha, jeszcze szybsza niż ten od Macromedii.

I co wtedy? Czy wierzyć, że powstaną open-source'owe czytniki tych formatów? Nie sądzę. Będą to zbyt skomplikowane i zaawansowane technologie, by nadążyć za ich rozwojem i dobrze je rozpracować. A i Microsoft zrobi wszystko, by je dodatkowo zagmatwać. Pozostanie sztuczka z DLL-kami, VMWare, Wine... Ale nie czarujmy się - te rozwiązania są dość zawodne...

Linux. Używasz przegrywasz.

13 września 2004, 19:04:22

Wietrzę spisek

20 lutego 2004, 08:47:12

O jakiegoś czasu coraz częstsze są doniesienia o wymuszonych zmianach nazw różnych projeków OpenSource... Może to moja spiskowa teoria dziejów, ale wydaje mi się, że komuś bardzo zależy, żeby jak najbardziej namieszać w świecie oprogramowania OpenSource i podburza kolejne firmy i instytucje o pozywanie tych biednych programistów, którzy zapewne z braku pieniędzy nie będą dochodzić swoich praw na drodze sądowej, ale zmienią nazwę swojego projektu...

  • zmiana nazwy Phoenix na Firebird w połowie 2003 roku (pod naciskiem producenta BIOSu)
  • zmiana nazwy Minotaur na Thunderbird w połowie 2003 roku (aby utrzymać związek z nazwą przegladarki Firebird)
  • zmiana nazwy Firebird na Firefox na początku 2004 roku
  • zmiana nazwy Lindows na Lin---s (Lin-Dash) na początku 2004 roku (pod presją Microsoftu)
  • pozew wydawcy komiksu Mandrake the Magician przeciwko producentowi Mandrake Linux

Wydaje mi się, że było więcej takich sytuacji, ale na razie tylko te mi przyszły do głowy. Ciekawe, czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się zmiany nazwy systemu Linux ze względu na zbieżność z nazwą proszku do prania:

Fotografia opakowania proszku do prania Linux